Trochę osobiście

Urządzanie domu

admin3 comments513 views

Taka czynność, jest zawsze najprzyjemniejsza ze wszystkich etapów budowy/remontu domu. Wchodzisz do sklepu, podpatrujesz rozwiązania, kupujesz, zamawiasz towar – i gotowe.

Ale nie na Samos.

Ale nie, jeśli masz stary dom i chcesz utrzymać konwencję i styl istniejącego budynku.

No i wreszcie, jeśli rozmiar domku jest rozmiarem dla lalek 😀 .

Czyli kolejne wyzwanie.

Postanowiłam, że skoro dom jest grecki i stary, to także takie powinny tam się znaleźć meble. Stąd też np. zrezygnowałam z typowych, nowych doniczek i wzorem miejscowych ludzi kupiłam wiadra cynkowe i właśnie maluję je na kolory tęczy – to znaczy każde wiaderko będzie innego koloru, by później stojąc stanowiły swoistą tęczę. Różnica jest tylko taka, że lokalni mają stare wiadra z odzysku, a ja, z braku rzeczowych – nowe. Mam nadzieję, że kwiatki przykryją tę niedoskonałość 😉 .

Wiadra już zaczęłam nawet malować i miałam przy tym wielką skuchę – otóż dwa z nich pomalowałam na kolor śliwkowy, wydawało mi się, że ładnie 😀 . Otóż… wszelkie odmiany fioletu są zarezerwowane na … pogrzeb. No cóż, przemaluję, nie jest to wielki problem.

Przejdźmy do mebli….

W kupionym przez nas domu jest piękne, bardzo stare łóżko metalowe z niklowanym zwieńczeniem. Odmalować, położyć nowy materac – i gotowe. To łóżko nas tak bardzo zainspirowało, że postanowiliśmy w miarę możliwości oczywiście, kupić stare meble, odremontować je i – mieć dom z duszą. Po odpytaniu znajomych pojechaliśmy do jedynego na wyspie komisu ze starymi, używanymi rzeczami. Tam niestety spotkało nas wielkie rozczarowanie, gdyż były to po prostu graty, niczym na pchlim targu – stara kuchenka elektryczna, jakieś tandetne lustra etc. Słowem, oprócz jednej rzeczy – zbiornika na oliwę, który prawdopodobnie będzie nam służył za doniczkę – nic a nic nie wzbudziło naszego zainteresowania.

Zaczęliśmy szukać dalej. Sąsiedzi powiedzieli nam, że takie rzeczy można kupić na “megalo market” – spojrzeliśmy po sobie, trochę tutaj już mieszkamy, ale żadnego dużego marketu nie znaleźliśmy.

– och, wy myślicie, jak obcokrajowcy, megalo market (dosłownie wielki sklep) to nic innego, jak wysypisko śmieci.

Zamarłam. Ale, słowo się rzekło, kobyłka u płota, jak mawiają starzy Polacy. Ambitnie pojechałam na … wysypisko śmieci. Wyobraźcie sobie taką rzecz, jedzie starsza blondynka malutkim autem, z daleka widać, że to cudzoziemka i zmierza w kierunku wysypiska śmieci – w okolicy nie ma oczywiście niczego oprócz tego. Trzy razy miejscowi zatrzymali mnie z zapytaniem, czy aby się nie zgubiłam 😀 . Na wysypisko dotarłam, wysiadłam z auta – i w tym momencie zadzwonił mój mąż:

– Kochanie gdzie jesteś, w domu cię nie ma, na budowie nie ma, czy wszystko w porządku? – zapytał nieco zaniepokojony. Faktycznie, poruszona wizją mebli z wysypiska pojechałam nie informując o tym nikogo.

– Tak kochanie – odpowiedziałam – jestem na wysypisku śmieci i szukam dla nas mebli.

Mąż zamarł. Choć brzmi to nieco nieprawdopodobnie, ta historia wydarzyła się naprawdę. Mój małżonek potrzebował dłuższej chwili na przetrawienie i zrozumienie  😉 . Odpowiedź przyszła w nieco poważnym tonie:

– skarbie, wiem, że mówiłem ci, że musimy oszczędzać, ale chyba nie aż tak, żeby szukać umeblowania na wysypisku?

Mówiąc szczerze, to on niepotrzebnie się stresował, gdyż nie znalazłam tam ani łóżek, ani stołu metalowego, ani też metalowych krzeseł – zarówno krzesła, jak i stół miały po pomalowaniu iść do ogrodu, czyli cała wyprawa i stres małżonka na nic.

Mebli do ogrodu nadal szukamy – tak gwoli ścisłości 🙂 .

Następną rzeczą, którą sobie umyśliłam – to oryginalne naczynia z Samos. Wyspa słynie bowiem z kamionkowych wyrobów, ma nawet swój specjalny wzór, a w kilku wioskach jest z dziesięciu garncarzy po dziś dzień trudniących się, tym zapomnianym przez już wielu, rzemiosłem. Pojechaliśmy tam wczoraj.

Najpierw odwiedziliśmy serce garncarskiego przemysłu – czyli wioskę Koumaradei. Przywitał nas tam wielki sklep, trochę robiony pod turystów, pełen absolutnie wszystkiego dobra, jakie sobie wymarzyłam. Przeszliśmy przez wszystkie półki i regały w poszukaniu czegoś naturalnego, niekoniecznie komercyjnego, a jednocześnie bardzo samoskiego. Nasza wycieczka odbyła się pod czujnym okiem sprzedawczyni 😉 . Mój towarzysz podróży znacznie szybciej niż ja, zauważył jej badawczy wzrok, nieco spokrewniony ze spojrzeniem bazyliszka – i nakazał mi przewiesić torebkę przez ramię tak, żeby nikt nie pomyślał, że chcę coś ukraść. Pomyślałam sobie, że jest przewrażliwiony, ale posłusznie wykonałam, co mi na “nakazał”.

Po około 20 minutach oglądania – sklep jest naprawdę duży, wybraliśmy jeden wzór, który mi odpowiada, trzyma się w wiejskiej i jednocześnie typowo samoskiej konwencji i podeszliśmy do pani sprzedawczyni. Dla ścisłości – chcę kupić pełny zestaw na 4 osoby – talerze głębokie, płytkie, małe, duże, miseczki, kubeczki – etc. Wśród proponowanych przez sklep rzeczy dostrzegliśmy wszystko, ale brakowało nam talerzy płaskich – tych małych, jak i dużych.

Czyli podeszliśmy do pani z zapytaniem, czy mają taki serwis, żeby zamówić takie talerze, ile czasu potrwa produkcja, że nam się nie spieszy etc. Powinnam podkreślić słówko czy, gdyż pani chyba tego nie zrozumiała, a może i nie chciała zrozumieć?

Otóż sprzedawczyni okazała się Niemką – jednym słowem – normalne kapo z obozu. Jej angielski był – użyję czasu przeszłego tutaj, gdyż mam nadzieję, że się kiedyś podszkoli 😉 – nieco podstawowy, do tego stopnia, że momentami trudno nam było ją zrozumieć.

Pani spytała z jakiego zestawu, ja pokazałam, a ona kazała nam je kupić…. Taki rozkaz – ordnung muss sein 🙂 .

Powtórzyliśmy, że my się chcemy tylko dowiedzieć, czy świadczą takie usługi, że teraz nie chcemy kupować, że myślimy o tym we wrześniu – za około cztery tygodnie.

Nasza Hilda czy inna Gertruda powiedziała, że my teraz musimy kupić te miski miseczki etc, gdyż ona nie wie, czy we wrześniu jeszcze będą.

My na to, jak ta katarynka:

Ale my chcemy się tylko zapytać, czy istnieje możliwość dorobienia, tak na przyszłość chcemy wiedzieć. 

Pani w końcu zrozumiała – przynajmniej tak nam się wydawało – i mówi, że trzeba zapytać garncarza, ale to po grecku i ona nie wie, jak 😀 😉 .

Mój towarzysz – przyjaciel, będąc rdzennym Grekiem zapytał zatem siedzącego na zapleczu mężczyznę. Panowie ucięli sobie miłą pogawędkę i garncarz wrócił do siebie, zapewniając nas przy tym, że oczywiście nie ma żadnego problemu, by zrobił jakie chcemy talerze, należy mu tylko dać znać nieco wcześniej.

Kiedy garncarz znikł już w czeluściach warsztatu, nasza Brunhilda – nie wiem, jak ma na imię, ale to chyba brzmi najokropniej w języku niemieckim dla mojego ucha – wyciągnęła bloczek zamówień i pisze:

  • 4 talerze duże
  • 4 talerze małe
  • podaj swoje imię i nazwisko i swój numer telefonu. 

Zrobiłam oczy, jak spodki od herbaty i pytam jej, po co? Tak przy okazji, mój przyjaciel Grek nie wytrzymał w tym momencie i wyszedł ze sklepu 😀 .

A pani na to, że muszę się określić co chcę i ona MUSI mieć moje dane, gdyż inaczej nie przyjmie zamówienia. Od słowa do słowa myślałam, że mi palnie w łeb – gdyby jeszcze wiedziała, że jestem Polką, to już w ogóle nie wiem, co by zrobiła 😉 . Mój zdecydowany upór wyraźnie się jej nie spodobał i jeszcze wychodząc krzyczała za nami, że jeśli wrócimy jesienią to ona nic nam nie może zagwarantować.

Pożegnaliśmy to miejsce niezbyt czule i bez większych sentymentów, znajdując jeszcze 3 inne warsztaty na naszej drodze, gdzie wszyscy zgodnie powiedzieli, że mogą zrobić nam nie tylko talerze, ale nawet wzór wg naszego pomysłu. I nikt nie żądał zamówienia od razu. Tutaj się takich rzeczy po prostu nie praktykuje.

Także sami widzicie, że nawet tak prosta czynność, jak urządzanie domu nie jest tutaj zwykłą codziennością.

Talerze już wstępnie są wybrane w ostatnim warsztacie, także przynajmniej ten problem został już rozwiązany.

To tyle w temacie urządzania domu.

 

 

 

 

 

 

Website is Protected by WordPress Protection from eDarpan.com.