Trochę osobiście

Saga o malowaniu

admin6 comments467 views

Malowanie dla malarza to nic nowego, no chyba, że nieoczekiwanie maluje się drzwiczki do szafek kuchennych 😉 . A było to tak:

Zachciało mi się mieć kuchnię. Taką fajną, grecką, z drewnianymi białymi szafkami. Ot, baba ma marzenia 😉 . Stolarz przyszedł, wymierzył, poszedł. Wrócił po kilku dniach, by przywieźć same “środki”. Po upływie kolejnych paru dni, znalazły się też drzwiczki do szafek – cudne, pasujące do wszystkiego tyle, że … surowe drewno. A mówiłam przecież wyraźnie “lefko” – białe. Potupałam trochę nóżką, pomachałam rączkami – małżonek, wietrząc awanturę oddalił się na bezpieczną odległość do Aten – cóż, faceci tak mają – i zawołałam ponownie stolarza.

Tenże przyszedł i spokojnie powiedział, że oczywiście, że wie, że meble mają być białe, że pamięta, że … trzeba je pomalować. No dobrze, pomalować…

– No tak, po prostu, jak będzie ładny dzień, to przyjadę WYJMĘ wszystkie elementy drewniane, pomalujemy (jeszcze wówczas nie miałam bladego pojęcia, o czym on mówi), wszystko pójdzie sprawnie, ja bardzo dobrze maluję pistoletem. Myślę sobie, że ok, niech robi po swojemu, jeśli tynkarz zatynkował gniazdko do kuchenki, to może tutaj meble najpierw się wkręca, by do malowania wykręcać? Inny świat, inna kultura, ostatecznie – to ja miałam fanaberię, żeby mieć białe, drewniane szafki zamiast, jak większość społeczeństwa kupić gotowe z laminatu 😉 a najlepiej z Ikei.

Ładny dzień przyszedł bardzo szybko – to był poniedziałek – kiedy stolarz zdecydował, że zaczynamy malowanie. Rankiem powykręcał wszystkie drzwi, nadstawki, dostawki, szuflady etc – przyznam, że nawet całkiem sprawnie mu to poszło – rozstawił jakieś dwa kozły w ogrodzie, wyciągnął łóżko letnie, rozłożył tam wielkie cztery dechy i się zaczęło.

Wziął pierwsze drzwiczki, rozłożył je na tychże kozłach, pomieszał bejcę, poszukał wśród śmieci czegoś, co będzie służyć za pojemnik – znalazł puszkę po brzoskwiniach 😉 – i mówi tak:

– popatrz: maluje się tak, tutaj pędzelkiem, potem paluszkiem pod spodem zebrać nadmiar bejcy, potem jak to skończymy, to trzeba zakitować ubytki, potem przeszlifować, a resztę to później wytłumaczę, a teraz ja muszę iść.

I poszedł.

Minęła pierwsza godzina, stolarza nie ma. Minęła druga godzina, stolarza nie ma. A bejca schnie.

Po dwóch godzinach wzięłam ten pędzel do ręki sama zaczęłam malować – ostrożnie, z jednej strony, potem paluszkiem wokół, by nie zostawiać zacieków. Malowałam portakia (drzwi) i kładłam na łóżku by schły w słoneczku. Nagle – ups! drzazga! Na szczęście kilka dni temu robiłam porządek w swojej torebce i znalazłam tam plaster na odciski 😀 to go sobie nakleiłam.

W końcu pomalowałam wszystkie drzwi – przody dwa razy, tył raz – bo farba się skończyła. Drzwi były lekko zabielone, taka kijowa ta bejca. Drzazg naliczyłam w sumie trzy.

20161010_152449_resized

Stolarz przyszedł … wieczorem. Obejrzał pracę, powiedział, że ładnie, kazał dokupić farbę i malować dalej.  I tyle go widziałam 😀 .

We wtorek poszłam dokupić farbę – kolejne 3 litry – i zaczęłam malować. Zeszło mi na to całe przedpołudnie – do sjesty, ale wszystko nabrało pięknego, białego koloru. W sumie fronty były malowane 5 razy, tyły zaś trzy.

A stolarza nie ma. Na wieczór byłam umówiona z koleżanką, więc wyszykowałam się do wyjścia i kogo ja widzę? Mój stolarz przyjechał! nawet nie wyłączył silnika samochodu, tylko sprawdził i …

20161010_140748_resized

– Co malarka, to malarka – stwierdził, pięknie to zrobiłaś. Teraz wymieszasz jedną porcję tego, jedną porcję tego drugiego, i trochę dodasz tego trzeciego, tym maluj dwa razy – to uodporni drewno na wodę. Nie zapomnij o szlifowaniu! I odjechał. Rozkaz wydany, robotnik do roboty 😀 .

Dodam jeszcze, że każdego dnia wszystkie elementy były wnoszone i wynoszone z domu 😀

20161011_173100_resized

W środę rano zabrałam się do malowania miksturą o paskudnym zapachu i niewiele lepszym wyglądzie. To paskudztwo nie dość, że cuchnęło, to jeszcze miało lekko słomkowy kolor – nie bez wpływu na moje idealnie białe szafki 🙁 , ale … cóż było robić!

Malowałam dzielnie – jedna warstwa – jedno szlifowanie. Mąż czujnie nadal w Atenach, powiedział, że żadną siłą go nie zmuszę do powrotu przed końcem tego wariactwa – to tak przy okazji, facet zawsze wie, jak się ustawić, ale i tak go kocham.

W środę stolarz się nie pojawił.

Znowu meble do środka.

Przyszedł w czwartek. Wypił kawę, obejrzał drzwiczki, kazał jeszcze raz malować tym cuchnącym świństwem i … jeszcze szlifować. Tak swoją drogą, słownictwo budowane i stolarskie mam już całkowicie opanowane 😉 .

Cóż było robić? W piątek od nowa malowanie i szlifowanie. Może w sobotę skończymy? tak sobie w duchu marzyłam. Małżonek wiedząc, że moja cierpliwość i tolerancja zmierza do granicy – oraz, że jakby nie patrzeć prace zmierzają ku końcowi – w sobotę zawitał do domu. Przynajmniej nie byłam już z tym sama.

W sobotę – stolarza ani śladu. A ma przecież pomalować jeszcze jedną warstwę pistoletem. To się chyba nigdy nie skończy…

Przyszedł w niedzielę, bladym świtem. Przywiózł kompresor, kazał wszystko wynieść i poinstruował nas, co mamy robić.

– ja prysnę, a wy odkładajcie pomalowane elementy na łóżko, żeby schło.

Jak powiedział, tak zrobił. Zajęło mu to z naszą pomocą może 25 minut, po czym – wsiadł w samochód i odjechał. Powiedział, że ma pracę, a to musi przeschnąć przed malowaniem z drugiej strony.

Wrócił po godzinie, z naszym stołem – zamówiliśmy dwa tygodnie temu piękny, wymarzony, drewniany stół o wymiarach dokładnie dla naszego domku dla lalek – 60 cm x 70 cm. Ot, taki idealny na dwie osoby.

Stół był śliczny, tyle, że … o dwadzieścia centymetrów dłuższy.

– zrobiłem wam większy, bo talerz z sałatą by się nie zmieścił. – taki był komentarz stolarza. O losie…

I kazał nam malować tenże stół, by mógł go spryskać lakierem.

Stół został pomalowany, a my czekaliśmy na stolarza.

Przyjechał po kolejnej godzinie, prysnął wszystko – z wyjątkiem stołu – i pojechał. Wszystko zostawił i rozpłynął się w nicości.

A my siedzieliśmy, jak te piczki grochowe nie wiedząc, co dalej robić. Ani wyjść, ani się położyć – obowiązkowa sjesta 😉 – słowem – byliśmy uziemieni.

Kiedy było już ciemno, przyjechał. Prysnął lakierem stół i zaczął wkręcać z powrotem szafki. Jezusie Nazareński! Powinniście to zobaczyć! Jest taka bajka czeska pt. “Sąsiedzi”, gdzie dwóch panów, żeby coś naprawić zawsze coś przy okazji niszczy. Kiedy zobaczyłam, że on staje na moim ślicznym zlewie wyszłam. Nie było to na moje nerwy.

Koniec końców, facet w końcu wsadził te drzwiczki z powrotem i kuchnia zaczęła wyglądać, jak u ludzi. Co prawda brakuje jeszcze uchwytów do szafek i szuflad, ale kiedyś przecież będą, prawda? Teraz leżą grzecznie w szufladzie i czekają na stolarza, który ma jeszcze raz prysnąć stół…

Wróci. Wiem to. Tylko nie wiem kiedy 😀 .

Jak sobie pomyślę, że mamy malować jeszcze szafę na górze… to chyba teraz ja polecę na kilka dni do Aten i zostawię z tym męża.

 

 

  • Marcin

    O LOSIE….. ;-)))
    Oby tylko nie wykrecal drzwiczek aby uchwyty poprzykrecac !! ;-))
    A tak nawiasem mowiac, to mimo wszystko fajnie jest czasem wykonywac prace, przy ktore zbytnio myslec nie trzeba;-) Taka prace zwyczajna, lekka i zarezerwowana dla tzw zlotych raczek 😉
    A wracajac do pana specialisty – to rzeczywiscie mozna cwiczyc tam swoja cierpliwosc;-0)

  • Marcin

    To jest inna rzeczywistosc;-) Ale skoro juz taka jest, to trzeba ja zaakceptowac i sie w niej odnalezc (jesli oczywiscie mozna tak zrobic bez uszczerbku na zdrowiu ;-)))))

    • admin

      dokładnie, i jutro lecę do Aten, tym razem ja 🙂

  • Eliot

    Czas to nie pieniadz w niektorych miejscach ! 🙂

  • Mona Gie

    A narzekamy na fachowców w Polsce 😀 dobrze , że ja mam małżonka “złotą rączkę” co i kafle połozy i meble zrobi .

    • admin

      Szczęściara

Website is Protected by WordPress Protection from eDarpan.com.